poniedziałek, 27 października 2014

Co to jest 300dpi?


- Blog o poligrafii, który nazywa się 300dpi jeszcze nie wyjaśnił co to jest to 300dpi? Oburzające! - krzyczy hipotetyczny Czytelnik.

- Cóż, spady jednak wydawały się bardziej palącym problemem.

- To trzeba było nazwać blog SPADY!

- To by wtedy brzmiało jakby to był blog o spadochroniarstwie…

No dobra, czas wyjaśnić o co chodzi z tym 300dpi.

Ale serio! Spady? Świetna nazwa dla bloga o spadochroniarstwie! Oddaję pomysł za darmo, taki mam gest, a co.

Oto obrazek. Znany także jako bitmapa lub, bardziej po polsku, mapa bitowa. Entuzjaści bardziej opisowych form mogliby to nazwać siatką kwadratów o różnej barwie, z których układa się obraz.


Wspomniane kropki nazywane są czasem punktami, a na ekranie monitora zwykle określa się je mianem pikseli. Może przyjrzyjmy się temu bliżej, aby było jasne o czym mówimy.


Za mało, Kapitanie. Cała naprzód!


Nie no, taką nadgorliwością to się taranuje góry lodowe i idzie na dno. Czy można prosić o wyważone przybliżenie?


Dziękuję.

Jak widzicie obrazek składa się z takich oto kropek lub kwadracików. Magia polega na tym, by były one na tyle małe, aby nie było widać pojedynczych elementów, a jedynie układający się z tego obraz.

Tak, to jest kłamstwo dla oczu i mózgu. Patrzymy na jakieś kropki, a widzimy twarz, motyla, ciemność i bociana (jesteśmy uratowani!).

Autor zastanawia się właśnie czy nawiązania do polskich komedii z początku lat 80tych są dziś jeszcze powszechnie rozumiane. Autor czuje się staro.

To trochę tak jak patrzenie na włochatego psa z daleka. Niby wiemy, że jego futro składa się z pojedynczych włosów, ale nie dostrzegamy żadnego z nich pojedynczo. Zamiast tego widzimy psa wywołującego w nas wyraźne wrażenie ogólnej kudłatości.

Ciekawe ile hpi (hair per inch - włosów na cal) ma ten pies?

Zapewne, o moi jakże przenikliwi Czytelnicy, widzicie tu pewien schemat. Są kropki, ale ich nie widać, a to oznacza, że muszą być one bardzo małe i liczne. Jak bardzo liczne? To zależy od tego na co i na czym patrzymy. Jeśli rzecz jest ogromną, wiszącą na budynku reklamą wielkoformatową to kropki nie muszą być specjalnie liczne, bo przecież nikt nie ogląda tego z odległości pół metra. Raz, że przecież z tak bliska nie da się objąć wzrokiem tego co owa reklama przedstawia, a dwa, że odbiorca musiałby się wspiąć na budynek niczym reklamożerny King Kong (gatunek wymarły).

King Kong nie jest powiększonym małpiszonem. To zwykłe małpy są pomniejszonymi modelami King Konga.

Ale nie o wielkoformatowych wydrukach tu mówimy. Mówimy o wydrukach, które oglądamy z bliska, możemy wziąć do ręki bez używania sprzętu alpinistycznego. A takie rzeczy, oglądane z małej odległości, muszą mieć już całkiem sporo tych malutkich kropeczek (i co za tym idzie - muszą być odpowiednio małe), aby nie było ich widać gołym okiem.

Kropki widzę, widzę kropki!

Normalni ludzie nawet tego nie próbują. Jeśli widzisz gdzieś człowieka oglądającego ulotkę z odległości mniejszej niż 10 cm to prawdopodobnie masz do czynienia z osobą pracującą w poligrafii (a i ona pewno patrzy na liniaturę, a to trochę co innego - i temat na inny tekst). Albo z kimś kto przed chwilą przeczytał ten tekst.

Zbliżamy się do sedna sprawy. 300dpi to nic innego jak 300 dots per inch, czyli 300 kropek na cal. Uznaje się powszechnie, że jeśli na kartce na długości jednego cala mamy nadrukowane 300 kropek to te kropki są na tyle małe, iż oko już ich nie zauważa i zamiast tego widzi obraz, w który te kropki się układają.

Co nam daje ta wiedza? Na przykład pozwala stwierdzić czy dany obrazek nadaje się do druku. I kiedy napiszę “nadaje do druku” to mam na myśli “jest w dostatecznie wysokiej rozdzielczości, aby dobrze wyglądał po wydrukowaniu”. Bo wydrukować można wszystko.

Papier przyjmie wszystko. Ale nie każdy efekt chce się potem oglądać.

Zanim zacznę tłumaczyć zasadę tego jak to działa napiszę informację podstawową: obrazek znaleziony w Internecie prawdopodobnie nie nadaje się do druku w formacie większym niż znaczek pocztowy.

Pozwolę sobie to oprawić dla potomnych.


Obrazki na stronach internetowych mają zwykle 72dpi. To oznacza o ponad trzy razy za mało pikseli na cal. Co prawda to 72dpi w przypadku obrazków w sieci niewiele znaczy, bo przecież wielkość obrazu na monitorze zależy od rozdzielczości ekranu i wielkości samego monitora. Ale ogólny przekaz jest taki, że jeśli nie kupiliśmy specjalnie przystosowanych do druku zdjęć z jakiegoś banku obrazków prawdopodobnie to co znaleźliśmy w sieci będzie za małe.

Protip: to nie jest bank zdjęć do projektów.

No dobrze, to jak stwierdzić czy obrazek ma 300dpi? A, to zależy na jak dużej powierzchni ma być nadrukowany (“Czemu wszystko musi mieć jakieś warunki? Nie ma prostych odpowiedzi?!” - większość czytających to w tej chwili).

Jeśli masz obrazek 300x300 pikseli to będzie miał 300dpi jeśli wydrukujemy go w wielkości 1x1 cal. Jeśli ten sam obrazek powiększymy do wielkości 2x2 cale to będzie miał już jedynie 150dpi.

Są pewne względnie proste metody sprawdzania jakie dpi ma obraz umieszczony w projekcie w pewnej wielkości. Corel wprost pokazuje tę informację na pasku stanu kiedy zaznaczy się bitmapę - jeśli jest 300dpi lub więcej - jest dobrze.

Czarno na białym. Czy raczej szarym.

Można też zawsze w Photoshopie otworzyć nowy dokument, wpisać w jakiej wielkości (np. w milimetrach) ma być wydrukowany obraz w projekcie, ustawić rozdzielczość na 300 piks/cal i potem sprawdzić ile pikseli na ile ma gotowy dokument - przynajmniej taką (lub większą) rozdzielczość musi mieć obrazek, aby miał przynajmniej 300dpi (lub więcej). Jeśli nasz obrazek ma tyle pikseli w pionie i poziomie - będzie dobrze.

Oto przykładowe okienko dla obrazka, który w projekcie będzie miał 20 na 30 centymetrów.
Jak widać bitmapa musi mieć przynajmniej 2362x3543 pikseli, aby mieć 300 dpi.

Każdy program oferuje inne metody sprawdzania tej informacji i nie ma sensu, aby wszystkie tu omawiać, ale sądzę, że zasada jest zrozumiała.

Wyobrażam sobie jedno pytanie, które może się tu pojawić wygenerowane przez co przebieglejszych Czytelników zacierających ręce niczym Szpieg z Krainy Deszczowców.

Tu znalazłby się obrazek Szpiega, gdybym nie obawiał się pozwów ze strony Studia Filmów Rysunkowych w Bielsko-Białej.

Pytanie brzmi: czy nie można po prostu powiększyć rozdzielczości obrazka sztucznie? Ot, chociażby Photoshop to potrafi, Corel też ma opcję “przekształć w mapę bitową…” gdzie można dowolny element przerobić na element o określonej ilości dpi, więc można podać 300dpi.

Owszem, można. I nawet w ten sposób uniknie się oglądania pikseli.
Owszem, jest jakieś “ale”. Wszystkie programy różnymi metodami (stosującymi skomplikowaną matematykę i nie ma sensu tutaj wgryzać się w temat) dodają przy takiej okazji dodatkowe piksele między istniejącymi pikselami. W uproszczeniu - jeśli mamy dwa piksele, jeden biały, a drugi czarny:

(kolor niebieski dookoła został dodany, aby było widać piksel biały)

...to po powiększeniu między białym i czarnym pikselem pojawi się piksel szary.

Ciekawe czy jest mu tam wygodnie?

Brzmi sensownie, ale w rzeczywistości efekt powiększenia zdjęcia jest taki, że fotografia (lub inny obrazek) staje się nieostra, rozmyta. Nie widać pikseli, owszem, ale rozmyte fotki to też nic ładnego.

Oczywiście ten obrazek nie ma faktycznie takich wartości dpi, ale ilustruje różnice między różnymi jakościami bitmap, które potem widać w druku.

I oto dlaczego warto jest się starać, aby obrazki miały 300dpi. Kto by chciał wyglądać jakby zapomniał jesienią zażyć mieszanki rutyny z witaminą C?

Na koniec dodam jeszcze kilka słów o liniaturze rastra. Bo istnieje szansa, że jeden lub drugi Czytelnik zainspirowany tym tekstem sięgnie po wydruk i uczyni coś czego raczej nikt nie robi - zacznie patrzeć z bardzo bliska. I, o zgrozo, zobaczy… cóż, kropki. A te kropki tudzież plamki to nie są piksele i nie ma to nic wspólnego z rozdzielczością zdjęć - to liniatura i jej obecność wynika z technologii druku (w taki sposób nakładane są farby na papier). Nie jest to nic czym musi zawracać sobie głowę ktokolwiek przygotowujący projekt, a do tego jest to temat na tyle oddzielny, że nie ma na niego miejsca w tym tekście. Ale, dla uniknięcia wątpliwości, oto porównanie widocznych na wydruku pikseli wynikających ze zbyt niskiego dpi użytego obrazka oraz widocznej na wydruku, obserwowanej w dużym przybliżeniu (normalnie niewidocznej) liniatury:

20 komentarzy:

  1. Z taką lekkością powinno się pisać całe podręczniki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietny poradnik, a przy tym lekko i zabawnie napisany!

    OdpowiedzUsuń
  3. Super wyjaśnienia. Dziękuję i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Łatwo, prosto i przyjemnie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. PPI a nie DPI.
    DPI to zupełnie inne pojęcie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki! Świetna robota! :) Zapraszam do siebie -> http://taleskiller.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetnie napisane, zrozumiałe i super zabawne, uśmiałam się czytając o pikselach, dobre :)

    OdpowiedzUsuń
  8. o rany zrozumiałam, dzięki

    OdpowiedzUsuń
  9. Rewelacyjne artykuly! Dlaczego nie ma wiecej???

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny poradnik zarówno dla poligrafów jak i dla klientów drukarni
    http://www.copygeneral.pl/

    OdpowiedzUsuń
  11. Uśmiałam się i nauczyłam - dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny blog, dużo informacji w przystępnej formie. Szkoda, że nie piszesz dalej

    OdpowiedzUsuń
  13. Uśmiałam się :-) i pomogło. Bingo. Dzięki! Jesteśmy uratowani!

    OdpowiedzUsuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  15. Genialny tekst. Szkoda że nic nowego się już tutaj nie pojawia.

    OdpowiedzUsuń
  16. Absolutnie czuję się... uratowana! Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  17. Dziękuję <3 Jest pan wspaniały!

    OdpowiedzUsuń
  18. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  19. Pytanie nasuwa się: jaki cal?Bo przecież może w tym wypadku występować kwadratowy,mozemy też mierzyc cal po okręgu albo po prostu zliczyć kropki w linii.Nikt nigdzie tego nie pisze i właśnie przez to nie mogę tego zrozumieć.Zawsze jest ów zwrot,na cal.Jaki?

    OdpowiedzUsuń